Niedawno przeżyłem w teatrze „amatorskim” stan, którego nie doznałem w żadnym teatrze zawodowym, a bywam tam przynajmniej raz w tygodniu. Na IX Spotkaniach Teatrów Młodych w Warszawie widziałem spektakl, który urodził się w Wołominie. I myślę, że jest to spektakl, który na długo pozostanie w czołówce produkcji teatralnych w kulturalnym życiu naszego miasta. „na imię mi Oskar”- spektakl oparty na motywach książki Erica-Emmanuela Schmitta pt. „Oskar i Pani Róża”. Teatr Wprost działający przy Miejskim Domu Kultury w Wołominie. Premiera spektaklu odbyła się 6 października ubiegłego roku w ramach III Światowego Dnia Hospicjów i Opieki Paliatywnej. Reżyserią zajęli się Monika Kisła i Piotr Stawski.
Scenografia zaakcentowana realistycznie, ale jednocześnie oszczędna. Wiadomo gdzie jesteśmy. Szpitalne łóżko, na nim poszarzała pościel, na poduszce sfatygowany miś. Parawan. Po prawej biurko lekarza. Dwa plany. I dwa światy. Bo na łóżku „mieszka” Oskar- dziesięciolatek. Operacja przeszczepu szpiku kostnego nie powiodła się i teraz Oskar jest w szpitalu. Poznajemy chłopca, któremu dziecięca (ta pozytywna oczywiście) naiwność pozwala z rozsądkiem i zimną krwią przyjąć do wiadomości, że zostało mu już niewiele czasu. Doktor Dusseldorf (Piotr Stawski) i rodzice Oskara (Ania Kalata i Tomek Wróblewski), to swego rodzaju konserwatywna opozycja. Ludzie, którzy oczywiście reagują „normalnie”, bo są „dorośli” I widownia jest „dorosła”, więc automatycznie usprawiedliwia rodziców i doktora, bo jakby poczuł się każdy z nas, kiedy dowiedziałby się, że za niespełna miesiąc pochowa swoje dziecko i na pewno nie zdarzy się cud. Bo cudów nie ma. Bo do produkcji cudów potrzebny jest Bóg, a on jest tylko w filmach. Oskar nie rozumie, dlaczego rodzice tak dziwnie na niego reagują, dlaczego doktorowi brakuje jaj, żeby stanął przed nim i powiedział „chłopie, umrzesz niedługo”. Oskar ma wyrzuty sumienia. Przeprasza, że choruje. Ale myśli trzeźwo. Pani Róża, to dla niego przede wszystkim kumpela. Tylko jej można powiedzieć wszystko i tylko ona się nie wykręci od szczerej odpowiedzi. Ona się nie rozczula, nie demonizuje sprawy, nie popada w skrajne, egzaltowane współczucie, które- o ironio- już teraz przypomina żałobę, a przecież Oskar jeszcze żyje. I pożyje jeszcze bardzo długo dzięki pomysłowi pani Róży. (Parafrazuję) „wyobraź sobie Oskarze, że każdy dzień, to jakby dziesięć lat”. Okazuje się, że życie jest bardzo ciężkie. W tym hermetycznym szpitalnym świecie, według zasady wymyślonej przez Różę Oskar staje przed wyborami jak każdy „dorosły”. Znajduje sobie żonę - Peggy Blue (Ania Korkieniec) dziewczynę z chorobą krwi, którą postanawia bronić przed Duchami przychodzącymi do niej w nocy. Odpowiedzialne zadanie- jest w końcu głową rodziny, a na horyzoncie pojawia się Pop Corn (Paweł Dobek) rywal, który rości sobie pretensje do dziewczyny. Jak to w życiu bywa- jest i chwila zbłądzenia- pocałunek z inną „kobietą”- Sandrine (Magda Machniewska) i niepokój... bo czy od pocałunku dziewczyna może zajść w ciążę? Zdaje się, że tak. A to oznacza nieślubne dziecko. Sprawa jednak się wyjaśnia i Oskar żyje w szczęśliwym małżeństwie. Pani Róża uczy go także rozmawiać z Bogiem, z którym Oskar wcześniej nie miał do czynienia. Chłopiec codziennie pisze list do Boga. Zwierza się mu, opowiada co się zdarzyło w dzień, o czym myślał, do jakich wniosków doszedł. Ma też prawo prosić go o jedno życzenie - oczywiście „dla ducha”. Ta piękna forma modlitwy pozwala Oskarowi uspokoić się i wyciszyć wewnętrznie. W końcu Oskar pragnie spotkać się z Bogiem. Prosi Go o to, a On go wysłuchuje... Przychodzi.
Podobno to co amatorskie - to i dyletanckie. Ale chociaż Wprost jest teatrem amatorskim, dyletantyzm mu nie grozi. Przede wszystkim dlatego, że zaspokaja głód widza. Po co przychodzę do teatru? Chcę przeżyć inne emocje, chcę bezpiecznie patrzeć na fikcję, którą poda mi się w takiej formie, żebym nie zauważył, że to fikcja. Chce przeżywać, ale jednocześnie siedzieć wygodnie w fotelu i mieć komfort, że nie muszę w tym uczestniczyć aż tak bezpośrednio jak w życiu. Już spełnienie tych „Chciejstw” widza sprawia, że nie możemy powiedzieć o zespole- Amatorszczyzna! A o Teatrze Wprost tego powiedzieć nie można. Realizm w oddawaniu emocji sprawia, że siedzimy spięci i skonsternowani. Ciągle jesteśmy bombardowani szczerą prawdą o największym tabu - śmierci. Patrzymy na powolną śmierć dziecka, zdajemy sobie sprawę, że nie będzie happy endu i czekamy na nieuniknione. Jednocześnie obserwując jak spełniają się marzenia Oskara o długim i szczęśliwym życiu, paradoksalnie zdajemy sobie sprawę czego chłopiec nie przeżyje. Nie doczeka „prawdziwej" żony. Nie skończy studiów, nie spełni się zawodowo, nie będzie miał dzieci rodziny. Przeżył tylko 10 lat. Były na widowni osoby, które nie wytrzymały tak gęstej, skondensowanej prawdy. I rozległy się szlochy... Brawo, za to napięcie, brawo za odarcie widza z komfortu beztroskiego patrzenia. Po przedstawieniu czujemy moralnego kaca... Jak to? Nie żyje? Tak po prostu umarł? Nie... to tylko teatr. Ale za to jaki!
Przekonująca gra aktorska, dobrze skrojony scenariusz, kilka ciekawych rozwiązań reżyserskich, mądre wykorzystanie przestrzeni scenicznej, podkreślenie zmiany miejsca akcji odpowiednio wyreżyserowanym światłem.
Niektórzy mogą mi zarzucić stronniczość, brak obiektywizmu. Teatr Wprost, to moi znajomi i przyjaciele. Replika: primo - obiektywizm w pracy recenzenta to rzecz względna, secundo - odtwórca tytułowej roli- Bartek Guziak otrzymał na festiwalu nagrodę za najlepszą rolę męską. A to już werdykt jury...
17.03.2008
Odsłon: 1266
Komentarze (1)
Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały . Proszę zaloguj się lub zarejestruj.